Przednówek - czas głodu w cyklu życia polskiej wsi

Opublikowano w 12 lutego 2026 00:12

Jeszcze nie tak dawno — zaledwie dwa pokolenia wstecz — istniało w polskiej wsi słowo, które budziło lęk głębszy niż kazania o potępieniu.

Przednówek.

Okres zawieszony pomiędzy ustępującą zimą a niepewną obietnicą wiosny. Czas, który zaczynał się zwykle pod koniec lutego, gdy spiżarnie pustoszały, a zapasy gromadzone z mozołem przez długie miesiące topniały do niepokojących resztek.

Nie wszyscy odczuwali ten czas jednakowo. Majętniejsi gospodarze — właściciele większych areałów i pełniejszych stodół — mogli pozwolić sobie na względny spokój. Ich jadłospis, choć skromny, opierał się na kiszonej kapuście, ziemniakach, brukwi i cebuli. Lecz takich rodzin było niewiele. Zdecydowana większość chłopskich domów zmuszona była dzielić ostatnie zapasy na porcje niemal symboliczne, z nadzieją, że wystarczą „do pierwszego szczawiu”.

Etnografowie nie bez powodu opisywali przednówek nie jako przejściowy niedostatek, lecz jako regularnie powracający głód. Świadczą o tym stare, dziś niemal zapomniane przysłowia: „Na świętego Marka pusto w garnkach” czy ponure „Kto marzec przeżyje, ten jeszcze pożyje”. Te ludowe sentencje były zapisem doświadczenia zbiorowego — kroniką cierpienia powtarzanego co roku.

Dla uboższych rodzin ratunkiem stawała się przyroda. Gdy tylko topniały śniegi, kobiety wyruszały na miedze, przydroża i okolice płotów w poszukiwaniu pierwszej zieleni. Przednówkowa dieta była monotonna, surowa i — według dzisiejszych standardów — skrajnie uboga. Jej podstawę stanowiły tak zwane rośliny głodowe: dzikie zioła, chwasty, liście i korzenie, po które sięgano wyłącznie z konieczności.

Zbierano lebiodę (komosę białą), pokrzywy, szczaw, taszniki, liście buraka czy gorczycę polną. Z komosy gotowano zupy przypominające w konsystencji szpinak, szczaw wykorzystywano do kwaśnych polewek, mających udawać pełnowartościowe posiłki. Szczególne miejsce zajmowała pokrzywa — zwyczajna i żegawka — z której młodych pędów przyrządzano zupy, często zagęszczane kaszą lub jedzone z kartoflami. Popularna była także „faćka”, polewka z komosy białej, a szczaw zbierany na łąkach uchodził wręcz za wiosenny przysmak.

Niedostatek ziarna zmuszał gospodynie do wypieku tzw. chleba głodowego. Do mąki dodawano mielone kłącza perzu, nasiona traw, żołędzie, a w skrajnych przypadkach nawet korę drzew czy igliwie. Efektem były bochny, które bardziej przypominały zbite krążki niż pieczywo.

W jadłospisie pojawiały się także mniszek lekarski, szczawik zajęczy czy gorczyca polna, zwana łopuchą. Równolegle narastał problem braku paszy dla zwierząt. Trzodę karmiono miodunką i gwiazdnicą, drób — pokrzywą. Gdy i tego zabrakło, sięgano po zielone igliwie sosnowe lub świerkowe.

W momentach skrajnego niedostatku granica między pożywieniem a substytutem zacierała się całkowicie. Mielono suszone obierki ziemniaków, korę drzew, żołędzie i perz. Z tych proszków pieczono placki, które niewiele miały wspólnego z jedzeniem. Zdarzało się, że całym posiłkiem była osolona woda z dodatkiem natki pietruszki, a dzieci — by oszukać głód — żuły glinę.

Tam, gdzie pozwalały warunki, ratunkiem bywały ryby. Na terenach nadrzecznych i podmokłych łowiono je prymitywnymi narzędziami, suszono i solono na później.

Najciężej przednówek dotykał dzieci i osoby starsze. Dzieci — najbardziej potrzebujące składników odżywczych — dostawały ich najmniej. Starcy, chorzy i niezdolni do pracy, bywali pomijani przy podziale skromnych racji, postrzegani jako dodatkowe obciążenie.

Przełom przynosiła dopiero pierwsza zieleń. Pokrzywa, lebioda, mniszek i szczaw dosłownie ratowały życie. Wiosną pojawiały się również tzw. „mleczne zupy” — gotowane na rozwodnionym mleku lub serwatce, czasem wzbogacane garścią kaszy. Gotowano też „białe polewki” z żuru, niekiedy z dodatkiem śmietany, jeśli los był łaskawy.

W połowie maja ruszały na dobre prace polowe. Choć oznaczało to wysiłek ponad siły, niosło także nadzieję: pierwsze nowalijki, młode ziemniaki, realną perspektywę końca głodu. Gospodarz widział już światło na końcu tej corocznej próby.

Nie wszyscy jednak potrafili czekać. Przednówek często popychał ludzi do migracji zarobkowych. Gdy głód stawał się nie do zniesienia, ruszano „za chlebem” do miast.

W najtrudniejszych momentach ratunkiem bywała solidarność. Parafie rozdawały postną jałmużnę — chleb, kapustę, żur — fundowaną przez bogatszych gospodarzy. Z ambon padały apele o dzielenie się z tymi, którzy „nie mają ani ziarnka w worku”.

Wówczas na wsi rodziła się wspólnota: sąsiad ofiarowywał sąsiadowi garść mąki, worek kartofli, kilka suszonych śliwek. Lecz nie wszędzie zwyciężała empatia. Bywały kradzieże, donosy, zakopywanie zapasów przed cudzym wzrokiem. Bo przednówek — choć dotykał wszystkich — był także bezlitosnym testem ludzkiej natury.

 

Marzena Wendzel - Łabęcka