Zanim Walentynki pojawiły się w Polsce były mojki, wianki i spojrzenia ponad płotem...
Walentynki – święto zakochanych obchodzone 14 lutego – są w Polsce tradycją stosunkowo młodą. Choć Święty Walenty znany był od stuleci jako patron czczony w kalendarzu liturgicznym, romantyczna oprawa tego dnia przywędrowała nad Wisłę dopiero po 1989 roku. Czerwone serca, kartki z wyznaniami i restauracyjne kolacje to import z Zachodu – efekt transformacji ustrojowej i otwarcia na kulturę masową.
A co było wcześniej?
Uczucie pod okiem wsi
W dawnej społeczności wiejskiej uczucie rzadko było sprawą wyłącznie dwojga ludzi. Zaloty toczyły się na oczach rodziny, sąsiadów i całej wsi. Intymność – w dzisiejszym rozumieniu – nie była wartością nadrzędną; ważniejsza była reputacja, gospodarność i zgodność rodzin.
Okazje do spotkań nie były przypadkowe. Miłość dojrzewała przy darciu pierza, podczas prządek, przy wspólnym pasieniu bydła. Rozkwitała na odpustach i jarmarkach, gdzie muzyka niosła się ponad straganami. Bywało, że pierwsze spojrzenia padały na weselach – tam swaci z wprawnym okiem obserwowali młodych, przewidując przyszłe mariaże.
Nie było pośpiechu. Było spojrzenie, pieśń, czasem podany ukradkiem kwiat.
Mojki – znak uczucia
Szczególnym momentem w kalendarzu zalotów były Zielone Świątki. W noc poprzedzającą to święto kawalerowie przynosili pod domy panien tzw. mojki – wysokie, rzeźbione żerdzie zwieńczone małym świerczkiem lub gałęziami modrzewia, przystrojonymi barwnymi wstążkami.
Najokazalszą mojkę stawiano tej dziewczynie, o której względy szczególnie zabiegano – lub tej, z którą kawaler był już „po słowie”, a więc zaręczony. Taka paradna konstrukcja górowała nad obejściem i widoczna była z daleka – znak publiczny, a zarazem jednoznaczny.
Nazajutrz odbywało się tzw. ogrywanie mojek – młodzież wraz z orkiestrą obchodziła wieś, zatrzymując się przy domach panien. Muzyka i taniec sankcjonowały uczucia, czyniąc je częścią wspólnotowego święta.
Sobótka – ogień, woda i przeznaczenie
Jeszcze silniej z miłością splatała się noc świętojańska, zwana Sobótką – obrzęd o korzeniach sięgających czasów przedchrześcijańskich. Była świętem płodności i młodości. Ogniska płonęły wysoko, dziewczęta plotły wianki z ziół i kwiatów, a chłopcy przyglądali się uważnie.
Puszczony na wodę wianek był jak pytanie zadane losowi. Jeśli któryś z kawalerów wyłowił go z nurtu – wróżyło to rychłe zamążpójście. Ogień oczyszczał, woda łączyła, zioła chroniły przed złym losem. Miłość wpisywała się w porządek natury.
„Na ławie” – rozmowa ważniejsza niż gest
Zaloty miały też swój codzienny, bardziej powściągliwy wymiar. W wielu wsiach praktykowano zwyczaj wieczornych odwiedzin kawalera w domu dziewczyny. Siadano „na ławie” – przy piecu lub stole – zawsze w obecności domowników.
Rozmowy bywały długie. Dotyczyły pracy, planów, gospodarstwa. Uczucie było istotne, lecz równie ważna była pracowitość i opinia o kandydacie. Publiczne pocałunki nie wchodziły w grę. Spotkania bez wiedzy rodziny były źle widziane. Zbyt częste wizyty bez poważnych zamiarów mogły zaszkodzić reputacji – zwłaszcza dziewczynie.
Swaty – miłość poddana próbie
Gdy uczucie dojrzewało, nadchodził moment oficjalny: swaty. Starsi, nierzadko wyznaczeni pośrednicy, odwiedzali dom panny. Rozmowy miały charakter symboliczny, pełen metafor – pytano choćby o „jałówkę na wydaniu”. Za żartobliwą formą kryły się poważne negocjacje dotyczące przyszłości młodych.
Dopiero zgoda rodziny otwierała drogę do zaręczyn.
Nie tylko z miłości
Warto pamiętać, że małżeństwo nie zawsze było zwieńczeniem romantycznego uczucia. Nierzadko o wyborze decydowali rodzice, kierując się względami gospodarczymi i społecznymi. Miłość mogła przyjść z czasem – choć bywało, że nie przychodziła wcale.
W świecie, w którym przetrwanie rodziny było wartością nadrzędną, uczucie ustępowało miejsca rozsądkowi.
Dziś walentynkowe serca i bukiety róż są po prostu kiczowate. Na Żywiecczyźnie dawniej wystarczała mojka postawiona o świcie, wianek płynący z nurtem rzeki albo długie rozmowy „na ławie”.
Miłość nie potrzebowała daty w kalendarzu. Miała swój czas – wyznaczany rytmem natury i zgodą wspólnoty.
Marzena Wendzel - Łabęcka