Justyna Michniuk – doktor nauk społecznych, badaczka, dziennikarka i tłumaczka pochodząca z Beskidu Żywieckiego. Absolwentka Szkoły Podstawowej w Radziechowach. Od 18 lat bada kulturę, tradycje i współczesność Dolnych Łużyc (Brandenburgia, Niemcy), pozostając jednocześnie blisko dziedzictwa i zwyczajów rodzinnej Żywiecczyzny.
Redakcja: Skąd u Pani tak ogromne zamiłowanie do etnografii? Kiedy ta pasja rozkwitła w Pani życiu?
Dr Justyna Michniuk: Pasję do etnografii, etnologii oraz antropologii kulturowej – czyli kluczy do zrozumienia człowieka – wyniosłam z domu, od mojej prababci (rocznik 1911), babci (rocznik 1938) oraz dziadka (rocznik 1930). Opowiadali mi o naszych zwyczajach, prowadzili za rękę przez życie, kultywując tradycje, które były żywe w naszym domu. Ich opowieści o dziedzictwie przodków od zawsze mnie fascynowały.
Chłonęłam to wszystko, a w szkole średniej zaczęłam dokumentować wspomnienia innych ludzi – sąsiadów czy uczestników różnych konkursów historycznych. Interesowały mnie tematy często bagatelizowane, jak dawna kuchnia czy dziecięce zabawy. Mój dziadek zabierał mnie też do muzeum w Żywcu; pamiętam eksponat diabła z grupy Dziadów. Najpierw się go bałam, a potem straszyłam nim dziadka.
Redakcja: Jest Pani doktorem nauk społecznych – jak etnografia łączy się z tą dziedziną nauki w Pani pracy?
Dr Justyna Michniuk: Jako doktor nauk społecznych w zakresie pedagogiki postrzegam etnografię jako naturalne narzędzie badawcze, które pozwala lepiej rozumieć człowieka w jego środowisku kulturowym. Pedagogika to nie tylko szkoła, to także wychowanie, przekaz międzypokoleniowy i utrwalanie tożsamości poprzez kulturę.
Etnografia daje możliwość dotarcia do autentycznych doświadczeń ludzi – poprzez obserwację uczestniczącą, język, pamięć rodzinną i tradycję. Dzięki temu widzę, jak kultura wpływa na kształtowanie tożsamości. W badaniach nad Serbołużyczanami interesuje mnie szczególnie to, w jaki sposób przekazują oni język i wartości kolejnym pokoleniom oraz jak dbają o swoją odrębność. To punkt, w którym pedagogika spotyka się z etnografią – w pytaniu o to, jak wspólnota wychowuje i chroni własne dziedzictwo. Moje zainteresowania mają mocne korzenie rodzinne; opowieści moich bliskich z Żywiecczyzny często mówią o człowieku więcej niż statystyki czy podręczniki.
Redakcja: Jak trafiła Pani do publikacji Słowiańskiej Agencji Prasowej i czym ona dla Pani jest?
Dr Justyna Michniuk: Ze Słowiańską Agencją Prasową zetknęłam się, przeglądając zasoby internetowe. Ich misja jest mi bardzo bliska, dlatego nawiązaliśmy współpracę, która trwa już od kilku lat. Cenię ją, ponieważ pozwala mi łączyć pracę naukową z popularyzacją wiedzy.
Agencja przybliża historię, kulturę i współczesność narodów słowiańskich, publikując materiały dotyczące dziedzictwa, języków i obyczajów, które rzadko goszczą w mediach głównego nurtu. To ważne działanie, ponieważ w szkole często skupiamy się na mitologii greckiej czy rzymskiej, zapominając o naszych rodzimych wierzeniach i symbolice. Warto tę wiedzę przekazywać dalej.
Redakcja: Czy mieszkańcy Żywiecczyzny zapomnieli o swoich słowiańskich korzeniach? W końcu nie tylko Wołosi są mieszkańcami Karpat.
Dr Justyna Michniuk: Był czas, gdy na fali globalizacji odchodziliśmy od rodzimych tradycji na rzecz zewnętrznych wpływów. Nasz strój ludowy bywał wyśmiewany, podobnie jak gwara. Na szczęście obserwuję teraz powrót do korzeni. Zespoły regionalne mają się świetnie, należy do nich wielu młodych ludzi, co daje nadzieję na przetrwanie tradycji. Nawet dawne zwyczaje, jak niedawne stawianie "maika" (drzewka majowego), są rewitalizowane.
To bardzo mnie cieszy. Sama posiadam kilka wariantów stroju żywieckiego i noszę go z dumą. Uważam, że pielęgnowanie korzeni nie stoi w sprzeczności z nowoczesnością – daje człowiekowi poczucie przynależności.
Redakcja: Co najbardziej fascynuje Panią w tradycji Żywiecczyzny?
Dr Justyna Michniuk: To moje rodzinne tradycje, z którymi jestem emocjonalnie związana. Cenię to, że na Żywiecczyźnie tradycja mocno przeplata się z oryginalnymi słowiańskimi zwyczajami, często nawet tymi zaadaptowanymi przez Kościół katolicki.
Od zawsze interesowała mnie magia ludowa. Fascynują mnie obrzędy oparte na wierze w energię – na przykład robienie hałasu w lasach, co miało przepędzać złe duchy. Podobne praktyki spotkałam na Dolnych Łużycach, gdzie tzw. camprownicy w korowodzie przebierańców robili zgiełk. Ważna jest też dla mnie wiedza o właściwościach roślin, np. naszyjniki z jarzębiny, które miały chronić przed piorunami.
Redakcja: Przejdźmy do Łużyc – jak Pani się tam znalazła i jak ten region wpłynął na Pani pasję?
Dr Justyna Michniuk: Historycznie wyróżniamy Łużyce Górne (stolica w Budziszynie) oraz Dolne (stolica w Chociebużu). Wielu badaczy, w tym ja, wyodrębnia także Łużyce Średnie z parafią Schleife (Slepo) jako centrum kulturowe. Trafiłam tam, ponieważ mój promotor doktoratu zajmował się tym tematem. Łużyce są blisko Polski, a ponieważ płynnie znam język niemiecki oraz trzy inne języki słowiańskie, badanie kultury serbołużyckiej stało się dla mnie naturalnym krokiem.
Nauczyłam się języka dolnołużyckiego (mam certyfikat C1), piszę artykuły dla tamtejszych mediów i aktywnie uczestniczę w wydarzeniach kulturalnych. Ten język jest teraz obecny w moim życiu codziennym, w pracy i w domu.
Redakcja: Widzi Pani wiele wspólnego między Żywiecczyzną a Łużycami?
Dr Justyna Michniuk: Zdecydowanie. W obu regionach widać procesy rewitalizacji tradycji. Zarówno tu, jak i na Łużycach mamy piękne stroje ludowe, które są dla mieszkańców świętością i manifestacją tożsamości.
Dostrzegam też wiele wspólnych słowiańskich wątków w obrzędowości, zwłaszcza w cyklu wiosennym – mam tu na myśli symboliczne pożegnanie zimy i powitanie wiosny, jak np. topienie czy palenie kukły. Te podobieństwa wynikają ze wspólnego słowiańskiego postrzegania przyrody i cykliczności życia.
Redakcja: Czy jedna kultura jest ciekawsza od innych?
Dr Justyna Michniuk: Nie oceniam kultur pod kątem „lepszości”. Uważam, że każdy region z unikalną kulturą, strojami i językiem jest niezwykle cenny. Różnorodność kulturowa sprawia, że świat jest ciekawy. Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, byłoby bardzo nudno.
Redakcja: Wróciła Pani w rodzinne strony. Co nas czeka w najbliższym czasie?
Dr Justyna Michniuk: Przyjechałam na Żywiecczyznę przy okazji Konwentu Kultury Rodzimej SLAVNI w Chorzowie. Obecnie pracuję też nad wystawą „Echo dawnego Żywca” w Żywieckiej Bibliotece Samorządowej. Przesłałam na nią unikalne zdjęcie mojego pradziadka Karola Zięby, który po II wojnie światowej był związany z zespołem regionalnym "Pilsko".
Zaplanowałam także spotkanie autorskie w Bibliotece w Radziechowach-Wieprzu, poświęcone mojej książce pt. „Tradycje i zwyczaje na Dolnych Łużycach. Troska o zachowanie dziedzictwa kulturowego” (Wydawnictwo Novae Res). Spotkanie odbędzie się 14 maja pod hasłem: „Kolorowe stroje, piękne zwyczaje – co łączy Beskidy i Dolne Łużyce?”. Oprócz tego otwieram wystawy w Opolu i wykładam w Gorzowie Wielkopolskim. To intensywny czas, ale daje mi ogromną satysfakcję.
Redakcja: Co uważa Pani za swój największy sukces w rozwoju tej pasji?
Dr Justyna Michniuk: Największym sukcesem jest dla mnie wsparcie rodziny, dzięki któremu mogę łączyć naukę z aktywnością w terenie. W ciągu 10 miesięcy od wydania książki odwiedziłam 11 miejsc w Polsce, by o niej opowiadać. Nie każdy naukowiec ma taką możliwość. Cieszę się, że mogę być aktywna zawodowo, zajmując się tym, co kocham, i jednocześnie budować mosty między różnymi kulturami słowiańskimi.
Rozmawiała: Marzena Wendzel-Łabęcka