PewelForever - najpiękniejszy festiwal muzyczny na Żywiecczyźnie

Opublikowano w 31 lipca 2026 13:40

Z zewnątrz wygląda jak kolejny letni festiwal. Scena, gitary, ciężkie brzmienia i publiczność ubrana na czarno. Wystarczy jednak przekroczyć bramę PewelForever, by zrozumieć, że to miejsce rządzi się własnymi zasadami. Tutaj muzyka jest tylko początkiem historii. Prawdziwą siłą festiwalu są ludzie, atmosfera i przekonanie, że najlepsze wydarzenia powstają z pasji, a nie z wielkich budżetów.

 

PewelForever narodził się z prostego marzenia – stworzyć w Beskidach przestrzeń dla fanów rocka i metalu. W regionie, gdzie od pokoleń króluje folklor, miłośnicy mocniejszych brzmień przez lata musieli jeździć do Bielska-Białej, Katowic czy Krakowa. Grupa zapaleńców postanowiła to zmienić. Pierwsze koncerty odbywały się na przyczepie samochodowej przerobionej na scenę. Nie było wielkich sponsorów ani rozbudowanej infrastruktury. Była za to determinacja i wiara, że z roku na rok uda się zbudować coś wyjątkowego.

 

I udało się.

 

Po trzynastu edycjach PewelForever przyciąga uczestników z całej Polski, a także gości z zagranicy. Wielu z nich zna się od lat. Spotykają się nie tylko tutaj, ale również na koncertach i festiwalach przez cały rok. W Pewli Małej odnawiają znajomości, witają się jak rodzina i już planują kolejne muzyczne wyprawy.

 

Największym zaskoczeniem dla osób odwiedzających festiwal po raz pierwszy jest jednak to, że to wydarzenie... rodzinne. Tak, rodzinne - mimo gitarowych riffów i metalowych koszulek. Obok sceny bawią się dzieci. Jest tyrolka, siatka wspinaczkowa, a największą atrakcją okazuje się... błoto. Maluchy w kaloszach z ogromnym entuzjazmem skaczą po kałużach, biegają z patykami i oblewają się wodą. To obraz dzieciństwa, które wielu dorosłych pamięta z własnych lat, a dziś coraz rzadziej można je zobaczyć. Podczas koncertów najmłodsi zakładają słuchawki wygłuszające i razem z rodzicami uczestniczą w wydarzeniu. Symboliczną postacią festiwalu jest mała Helena, która „debiutowała” na PewelForever jeszcze w brzuchu mamy, a w tym roku podczas drugiego dnia imprezy świętowała czwarte urodziny. Jeden z zespołów zaśpiewał jej ze sceny tradycyjne „Sto lat”.

 

Organizacja wydarzenia również potrafi zaskoczyć. Członkowie stowarzyszenia, opłacając składkę, mogą korzystać z przygotowanego przez organizatorów domowego jedzenia i napojów. W menu nie ma festiwalowej przypadkowości – są duszonki, kwaśnica, grochówka, grillowana kiełbasa, kaszanka, świeże sałatki, domowe ciasta czy bułki z kaszą, pieczarkami i papryką. Smakuje to bardziej jak spotkanie u dobrych znajomych niż komercyjny festiwal.

 

Miejsce przy festiwalowym ognisku też jest niezwykle klimatyczne. To tutaj rozmowy trwają do późna, a uwagę przyciągają charakterystyczne fotele wykonane z opon i siatki, które dla wielu uczestników stały się jednym z symboli imprezy.

Choć mogłoby się wydawać, że po takim wydarzeniu pozostają góry śmieci, rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Uczestnicy wiedzą, ile pracy kosztuje przygotowanie festiwalu, dlatego sami dbają o porządek. Trudno znaleźć porzucone kubki czy talerzyki, a życzliwość i wzajemny szacunek są tu czymś zupełnie naturalnym. Bez względu na wiek, sprawność czy muzyczne doświadczenie każdy jest mile widziany.

 

PewelForever udowadnia, że najlepsze festiwale nie zawsze są największe. Czasem wystarczy grupa ludzi z pasją, kawałek beskidzkiej ziemi i przekonanie, że muzyka potrafi połączyć zupełnie obcych sobie ludzi. Reszta dzieje się już sama – gdzieś pomiędzy dźwiękiem gitar, zapachem ogniska i błotem pod sceną, które dla wielu uczestników stało się najpiękniejszym symbolem wolności.