Polska, 1 września 1939 roku. Gdy świat odwracał wzrok na południowych rubieżach Rzeczypospolitej rozegrał się dramat, który do dziś rozpala serca mieszkańców Żywiecczyzny. To nie była wojna błyskotliwych manewrów pancernych. To była wojna garstki przeciwko hordzie, żelaznej woli przeciwko stali, ducha przeciwko sile.
Latem 1939 roku - maja do sierpnia mieszkańcy Żywiecczyzny, ludzie prostego chłopskiego trudu zmagali się z ostrzałem zza granicznej miedzy. Pociągi osobowe na trasie Skalite - Zwardoń - Węgierska Górka - Żywiec przemierzały szlak niczym gołębie pocztowe niosące wiadomości, ale niosły także krzyki rannych, gdy niemieckie karabiny maszynowe siały śmierć wśród cywilów. Polskie władze, widząc nadciągającą burzę, stanęły na wysokości zadania. W drugiej połowie sierpnia nakazano ewakuację letników. To nie był odwet - to była troska o życie. Polska nie szukała wojny, ale się do niej szykowała, wiedząc, że honor każe jej stanąć na drodze wroga.
Dlaczego ten skrawek beskidzkiej ziemi miał stać się jednym z pierwszych krwawych placów wojny? Odpowiedź jest prosta i przerażająca zarazem: to najkrótsze, naturalne przejście z terytorium zdradzieckiej Słowacji - która stała się marionetkowym wasalem Hitlera - wprost na tyły polskiej Armii „Kraków”. Gdyby Niemcy przeszli tędy bez przeszkód, nasze linie obronne runęłyby w ciągu kilkunastu godzin. Wiedział o tym generał Eugen Ott, dowodzący 7 Bawarską Dywizją Piechoty. Na jego rozkaz 17 tysięcy żołnierzy z ciężką artylerią i wsparciem ogniowym stało w pogotowiu. Ich celem była nie tylko ziemia, ale i dusza Polski.
1 września 1939 roku. Świt, który miał zmienić świat.
O świcie na Przełęczy Zwardońskiej, żelazny walec Wehrmachtu przekroczył granice Rzeczypospolitej. Naprzeciwko tej miażdżącej siły, tej machiny stworzonej do unicestwiania, stanęło zaledwie kilkuset polskich żołnierzy. Byli to strażnicy graniczni oraz batalion Korpusu Ochrony Pogranicza pod dowództwem porucznika Romana Talarka. Nie mieli panzerów, nie mieli osłony z powietrza, mieli tylko karabiny i rozkaz. Rozkaz, który w tamtych godzinach brzmiał jak wyrok: „Wytrzymać”. I oni wytrzymali.
Przez cały dzień, mimo że Niemcy przelewali na nich potoki ognia, Polacy nie uciekli. Cofali się, ale nie byli rozbici. Krok po kroku, oddając każdą piędź ziemi okupioną krwią, ściągali wroga w głąb doliny, ku przygotowanym umocnieniom. Wiedzieli, że tam, pod Węgierską Górką, czeka na Niemców niespodzianka.
2 września. Dzień, w którym garstka zatrzymała armię.
Niemcy, pewni siebie pod Węgierską Górką natknęli się na prawdziwą twierdzę. Nie z betonu i stali, ale z ducha i betonu zarazem. Pięć ciężkich schronów bojowych - „Wędrowiec”, „Waligóra”, „Włóczęga”, „Wąwóz” i niedokończony „Wyrwidąb” - tworzyło rygiel obronny, który miał złamać zęby Wehrmachtowi. Dowodził nimi major Kazimierz Czarkowski, a duszą tej obrony był kapitan Tadeusz Semik, który w schronie „Wędrowiec” stał się postrachem Niemców.
Przez cały dzień trwało piekło. Niemcy rzucili do ataku piechotę, wspieraną przez ogień ciężkich dział. Huk armat mieszał się z trzaskiem polskich karabinów maszynowych. Schrony, choć ostrzeliwane i oblewane ogniem, milczały tylko wtedy, gdy przeładowywano broń. Polacy nie tylko się bronili - oni krwawili, ale nie ustępowali. Każdy niemiecki szturm załamywał się na żelaznej postawie załóg. Dowództwo niemieckie przecierało oczy ze zdumienia. Jak to możliwe, że garstka „podludzi” z wschodu stawia taki opór ich aryjskiej maszynie?
Wieczorem jednak nadszedł gorzki rozkaz. Sytuacja na innych odcinkach frontu stawała się krytyczna. Istniało ryzyko okrążenia. Generałowie, siedzący w bezpiecznych sztabach, wydali komendę: odwrót w stronę Oczkowa. Dla żołnierzy w okopach był to cios, ale wiedzieli, że rozkaz to rozkaz. Zaczęto wycofywać się w nocy, pod osłoną mroku. Niestety, czarci młyn wojny ma to do siebie, że w jego trybach giną nawet najświętsze słowa. Łączność została zerwana.
3 września. Samotność bohaterów.
Rozkaz o odwrocie nie dotarł do wszystkich. Schrony „Waligóra” i „Wąwóz” zdołały się wyślizgnąć. Ale na placu boju, wśród dymu i ognia, pozostały dwa żelazne serca: schrony „Włóczęga” i „Wędrowiec”. Ich załogi nie wiedziały, że zostały same. Otoczeni przez wroga, odcięci od świata, podjęli decyzję, która przeszła do legendy: walczyć do końca.
Niemcy, wściekli i upokorzeni dwudniowym oporem, rzucili do boju wszystko, co mieli. Miotali ogień prosto w strzelnice, zasypywali schrony gradem pocisków artyleryjskich. Beton pękał, stal się wyginała, ale polski duch pozostawał niezłomny. Żołnierze w środku słyszeli terkot niemieckich karabinów, czuli wstrząsy wybuchów, ale na ustach mieli tylko jedno: „Nie poddamy się”.
Schron „Włóczęga” skapitulował dopiero rankiem (niektóre źródła podają nawet popołudnie), gdy zabrakło naboi, a ranni zalewali podłogę krwią. Jego obrońcy mogli podnieść ręce, ale tylko dlatego, że nie mieli już czym ich opuścić. Najdłużej, bo do godziny 17:00, bronił się „Wędrowiec”. Kapitan Semik i jego ludzie nie prosili o litość. Wiedzieli, że litość w tej wojnie nie istnieje. Gdy zapadła cisza po ostatnim wystrzale, a z płonących schronów wydobyli się ranni i wyczerpani, wiedzieli jedno: wykonali swoje zadanie. Wykonali je, mimo że nie mieli szans.
Wieczór 3 września 1939 roku. Żywiec we krwi, ale nie w hańbie.
Po przełamaniu oporu pod Węgierską Górką, niemieckie oddziały potoczyły się dalej. Tego wieczoru wkroczyły do Żywca. Miasto było niebronione - większość wojsk wycofała się, by ratować resztki frontu. Ale nie było to wkroczenie zwycięzców w pusty kraj. To było wejście w ziemię, którą przez ostatnie trzy dni okupiono taką ceną, że Niemcy do końca wojny pamiętali o żelaznej twierdzy nad Sołą.
Tak, Żywiecczyzna padła. Tak, została wcielona do III Rzeszy, a ludność wysiedlona w bestialskiej „Aktion Saybusch”. Ale czy to klęska? Czy upadek fizyczny jest równoznaczny z upadkiem ducha? Niech odpowie na to historia. Bitwa pod Węgierską Górką, choć taktycznie przegrana, pokrzyżowała plany niemieckiego Blitzkriegu na południu. Opóźniła marsz na Kraków, dała innym jednostkom czas na reorganizację. A przede wszystkim - udowodniła światu, że Polska nie jest krajem, który poddaje się bez walki.
Wojna jest koszmarem, ale czasem koszmar rodzi bohaterów. A my, ich spadkobiercy, nie mamy prawa zapomnieć, że za nasze dzisiejsze życie zapłacili oni swoim jutrem. Polska nie zginęła w 1939 roku. Polska właśnie wtedy zaczęła zwyciężać - duchem.
Marzena Wendzel - Łabęcka