Dżentelmeni z foteli i chłopcy z okopów

Opublikowano w 31 sierpnia 2026 19:22

Kiedy po raz ostatni ci, którzy decydują o wojnie, widzieli krew na własnych rękach? 

Nie na ekranie monitora, nie na zdjęciach satelitarnych, ale tę ciepłą, lepką ciecz sączącą się spod hełmu kolegi z plutonu? 

 

Odpowiedź jest prosta: zapewne nigdy. W cywilizowanym świecie istnieje bowiem niepisany, a jednak żelazny podział - jedni piszą historię stalówką, inni krwią. I choć patriotyzm każe nam wznosić okrzyki na cześć tych pierwszych, to jednak ziemia, która przyjmuje ciała tych drugich, jest bardziej wymowna niż wszystkie przemówienia.

 

 

Wojna jest absolutnym zaprzeczeniem logiki. To najbardziej irracjonalny wynalazek człowieka, który - co ironiczne - ma rzekomo rozwiązywać spory najrozumniejszych istot na Ziemi. A jednak od wieków powtarzamy ten sam spektakl. Na scenie państwowej stoją dostojnicy w garniturach, dzierżąc w dłoniach nie karabiny, a długopisy i wskaźniki do map. Ich głosy niosą się echem po salach konferencyjnych, gdy wypowiadają słowa o „racji stanu”, „honorze” i „niezbywalnych interesach”. Za kulisami natomiast - w błocie, zimnie i wszechobecnym strachu - stoją ci, którzy mają te racje krwią przypieczętować.

 

 

Nie można jednak malować obrazu jedynie czernią i bielą. Świat nie składa się wyłącznie z ofiar i oprawców, a żołnierz to nie tylko bierny pionek. Są wśród nas, i zawsze byli, ludzie o żelaznym sercu, dla których mundur to nie przykry obowiązek, ale najwyższe powołanie. Ci młodzi mężczyźni i kobiety, często o oczach płonących ideą, idą na front, by bronić swoich domów, swoich rodzin i swojego wyobrażenia o wolności. Ich determinacja jest godna podziwu, a odwaga - bezdyskusyjna. To oni są solą tej ziemi, gotowi oddać jutro za wczoraj swoich przodków.

 

Lecz byłoby naiwnością sądzić, że każdy, kto staje w szyku, robi to z ochotą. Historia, zwłaszcza ta najnowsza, pełna jest głosów tych, których do munduru zmuszono - czy to bagnetem, czy dekretem, czy też nieubłaganym naciskiem społecznym. W PRL-u pobór bywał narzędziem upokorzenia, a w wielu konfliktach na świecie „ochotnicy” rekrutowani byli wbrew własnej woli. Dziś, w czasach względnego pokoju, głośno mówi się o tym, co jeszcze dekadę temu było tematem tabu: o lęku przed śmiercią, o chęci ucieczki, o emigracji jako formie samoobrony.

 

W Polsce ten temat wywołuje szczególnie gorące emocje. Kultura głęboko zakorzeniona w etosie powstańczym i żołnierskim patrzy z niechęcią na tych, którzy mówią wprost: „Nie chcę ginąć za wizję polityków. Wolę żyć”. Krytyka spada na nich jak grom z jasnego nieba - tchórze, zdrajcy, obywatele drugiej kategorii. A jednak, czy możemy mieć im to za złe? Czy prawo do strachu nie jest jednym z najbardziej elementarnych praw człowieka? Czy instynkt samozachowawczy, który każe nam chronić własne istnienie, nie jest silniejszy niż wszystkie sztandary i hymny?

 

 

Rozumiem obie strony. Rozumiem młodego oficera, który zaciąga pas i mówi: „Tu jest mój dom, nie oddam go bez walki”. Rozumiem jego łzy dumy, gdy patrzy na rozwiewającą się flagę. Ale rozumiem także studenta, który pakuje plecak, patrzy na matkę, na swoje książki, na plany na przyszłość, i mówi: „Ja nie chcę być bohaterem. Ja chcę być żywy”. Obaj mają rację w swoich światach, które nigdy się nie przetną, dopóki nie wybuchnie wojna – wtedy przecina ich okop, ten wielki wyrównywacz.

 

I tu pojawia się największa hipokryzja naszych czasów. Ci, którzy decydują o włączeniu syren alarmowych, nigdy nie staną w pierwszej linii. Ich dzieci nie będą spać w błocie, a ich wnuki nie będą liczyć ostatnich nabojów. Oni grają w szachy życiem innych, ryzykując jedynie swoją polityczną przyszłością, a nie fizycznym istnieniem. To oni nadają ton narracji o poświęceniu, sami stojąc z boku bezpiecznej sceny.

 

 

Wojna jest piekłem, które rozpalają ludzie starzy w fotelach, a gaszą je swoimi ciałami ludzie młodzi w okopach. Dopóki ta prawda pozostanie niewypowiedziana, dopóty będziemy skazywać kolejne pokolenia na ten sam okrutny los. Potrzeba nam odwagi, by mówić głośno o strachu, ale i o dumie. Potrzeba nam szacunku dla tych, którzy idą walczyć, i zrozumienia dla tych, którzy wolą uciec. Bo w obliczu śmierci wszystkie racje tracą na wadze, a liczy się tylko jedno - to, że człowiek chce przeżyć.

 

Czyż nie o to właśnie toczy się ta największa ze wszystkich wojen? O prawo do tego, by wybierać między honorem a życiem, nie będąc przy tym osądzanym przez tych, którzy nigdy nie musieli dokonywać tego wyboru.