Jesień to czas, gdy w naszych domach częściej niż zwykle gościmy nieproszonych, ale jakże fascynujących lokatorów. Pająki - budzące strach, obrzydzenie, ale i niekłamaną ciekawość. Choć dziś często witamy je odruchem kapcia, nasi pradziadowie patrzyli na nie zupełnie inaczej.
Dla dawnych Słowian pająk był domownikiem pożądanym. W chatach, na polach i w lasach obcowano z nimi na co dzień, nie znając może naukowych nazw, ale doskonale rozumiejąc ich rolę w ekosystemie. Dostrzegano, że w misternie utkanych sieciach giną muchy i komary - owady uciążliwe dla ludzi i bydła, roznoszące choroby i boleśnie kąsające. Nic dziwnego, że obecność pająka utożsamiano z dobrobytem i ochroną przed plagami.
Wiara w jego magiczną moc sięgała głęboko. Zabicie pająka uznawano za czyn przynoszący pecha, a w niektórych regionach wierzono, że czyn ten ściąga niekorzystne zmiany pogody. Szczególną pomyślność wróżyło spotkanie z pająkiem o poranku lub widok tkającego sieć - miało zwiastować materialne bogactwo. Pajęczyna zresztą nie tylko budziła podziw swoim kunsztem, ale służyła też w medycynie ludowej. Od starożytnego Rzymu po wschodnioeuropejskie wioski wykorzystywano ją jako naturalny opatrunek. Okłady z pajęczych nici, zwłaszcza w połączeniu z chlebem i wilgocią, tworzyły środowisko dla grzybów z rodzaju Penicillium, które - jak dziś wiemy - produkują naturalny antybiotyk. Nasi przodkowie być może nie znali nazw mikroorganizmów, ale skutecznie stosowali ten naturalny plaster na rany i zmiany skórne.
Z biegiem czasu, wraz z rozwojem miast i infrastruktury, pająki zaczęto wypierać z domostw, a ich wizerunek - szpecić. Coraz rzadsza obecność sprawiła, że z sympatycznych sprzymierzeńców stali się obiektami niechęci, symbolem zaniedbania i brudu.
A jednak jesienią często możemy spotkać je w domach. To właśnie teraz, wieczorami, wędrujące po podłogach samce kątników budzą lęk ale i przypominają o obecności pająków w naszym świecie. Kątniki - pająki o długich, włochatych nogach, często mizernie wyglądające - dają o sobie znać. To nie inwazja, a miłosny marsz. Kierowane feromonami samiczek kryjących się w naszych domach, spieszą, by przedłużyć gatunek. Niestety, większość z nich ginie pod kapciem, zanim zdąży do celu. Tymczasem wystarczy odrobina łaskawości - przykryć go szklanką, wsunąć kartkę i wynieść na zewnątrz. Bo jak uczyła stara mądrość - pająk w domu to nie wróg, a znak szczęścia, który wędruje przez nasze progi od wieków.
Marzena Wendzel - Łabęcka