Są wydarzenia, które kończą się wraz z wojną. Są też takie, które wojna pozostawia na pokolenia. Historia Goralenvolku należy do tej drugiej kategorii. Do dziś bywa przywoływana jako argument przeciwko całej społeczności góralskiej, jak gdyby decyzje kilkunastu działaczy i kolaborantów mogły definiować setki tysięcy ludzi. To nie tylko historyczne uproszczenie. To również dowód na to, jak łatwo niewiedza zamienia skomplikowaną przeszłość w krzywdzący stereotyp.
Kiedy czyta się współczesne komentarze w internecie utożsamiające wszystkich polskich górali z Goralenvolkiem, trudno nie zapytać: jak to możliwe, że po ponad osiemdziesięciu latach wciąż tak mało wiemy o tym, czym właściwie była ta organizacja?
Aby odpowiedzieć, trzeba cofnąć się do pierwszych miesięcy niemieckiej okupacji.
Pomysł na propagandę
Goralenvolk nie było spontanicznym ruchem narodowym, który powstał wśród całej społeczności Podhala. Było elementem niemieckiej polityki narodowościowej i próbą stworzenia przekonania, że górale podhalańscy stanowią odrębną grupę etniczną, różną od Polaków. Nazistowska propaganda przedstawiała ich jako ludność mającą rzekome germańskie korzenie. Miało to uzasadniać ich odmienne traktowanie, a w dalszej perspektywie germanizację i wykorzystanie ich do współpracy z okupantem.
Podhale miało dla Niemców znaczenie szczególne. Zakopane i okolice postrzegano jako atrakcyjny teren wypoczynkowy i sanatoryjny, a także obszar, który z powodów propagandowych i strategicznych nie powinien zostać zniszczony w takim stopniu jak wiele innych części okupowanej Polski.
Niemiecka koncepcja nie pojawiła się jednak całkowicie znikąd. Jeszcze przed wojną istniały teorie próbujące dowodzić odrębności etnicznej górali podhalańskich. W 1928 roku profesor Włodzimierz Antoniewicz w pracy „Metalowe spinki góralskie” zwracał uwagę na podobieństwa pomiędzy niektórymi elementami ornamentyki góralskiej i zabytkami związanymi z ludami germańskimi. Wysuwał również hipotezę, że w okresie wędrówki ludów część Gotów mogła schronić się na terenach Podhala i Spisza.
Teorie te zostały później wykorzystane przez niemiecką propagandę. Wśród osób, które propagowały koncepcję germańskiego pochodzenia górali, znaleźli się między innymi Henryk Szatkowski oraz Witalis Wieder, związany przed wojną z zakopiańskim przysposobieniem wojskowym, a według ustaleń historyków współpracujący z niemiecką Abwehrą.
Szczególnie wymownym przykładem propagandowego zawłaszczenia tradycji była swastyka. W podhalańskiej ornamentyce występowała jako tradycyjny „krzyżyk niespodziany”, znany na długo przed narodzinami nazizmu. Niemcy wykorzystali jednak jej obecność w kulturze ludowej, próbując nadać jej własne znaczenie. Dla propagandy historia symbolu nie miała znaczenia. Liczyło się to, co można było za jego pomocą wmówić ludziom.
Złota ciupaga i próba stworzenia „narodu”
7 listopada 1939 roku Wacław Krzeptowski, w towarzystwie Karoliny Gąsienicy-Rój, Marii Siuty-Szwab, Stefana Krzeptowskiego i Józefa Cukiera, złożył na Wawelu hołd poddańczy Hansowi Frankowi. Wręczono gubernatorowi złotą ciupagę. Kilka dni później Frank przyjechał do Zakopanego, gdzie Krzeptowski wystąpił w imieniu górali, dziękując za rzekome „oswobodzenie” spod polskich władz.
29 listopada Krzeptowski zwołał zebranie przedwojennego Związku Górali. Zaakceptowano wówczas ideę współpracy z okupantem i wystosowano memoriał dotyczący potrzeb ludności góralskiej. Nie oznaczało to jednak jednomyślności. Część działaczy, w tym przedwojenny przewodniczący Związku Górali Henryk Walczak, nie poparła tej decyzji. W miejsce dawnej organizacji utworzono następnie Goralenverein, którego prezesem został Krzeptowski.
Był to początek próby budowania fikcyjnej konstrukcji politycznej na rzeczywistej kulturze i lokalnej tożsamości.
Karta „G” nie była dowodem zdrady
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów całej historii pozostają tak zwane karty „G”. Były to dokumenty tożsamości wydawane osobom zakwalifikowanym przez okupanta na terenie Podhala jako członkom „narodowości góralskiej”. W warunkach okupacji taki dokument mógł oznaczać coś znacznie więcej niż formalną przynależność.
Mógł oznaczać większe bezpieczeństwo, ochronę przed wywiezieniem na roboty przymusowe, łatwiejszy dostęp do żywności, a także możliwość swobodniejszego przemieszczania się. Nie zachowała się pełna ewidencja wydanych kart, dlatego podawane przez historyków liczby mają charakter szacunkowy.
W czerwcu 1940 roku Niemcy przeprowadzili na Podhalu spis ludności, wykorzystując go jednocześnie do agitacji na rzecz Goralenvolku. Według części opracowań przynależność zadeklarowało około 18 % mieszkańców, choć dane dotyczące skali tego zjawiska różnią się w zależności od źródła.
I właśnie tutaj historia wymaga szczególnej ostrożności.
Czy każdy, kto przyjął kartę „G” wyrzekał się Polski? Nie. Czy każdy był gorącym zwolennikiem niemieckiej polityki? Również nie.
Ludzie żyli w warunkach terroru, głodu, represji i ciągłego zagrożenia. Niektórzy przyjmowali dokument, ponieważ bali się o własne życie, rodzinę, gospodarstwo i przyszłość. W niektórych przypadkach stosowano naciski, groźby i szantaż. Co szczególnie istotne, samo posiadanie karty „G” nie jest dowodem kolaboracji. Wśród jej posiadaczy znajdowali się również ludzie, którzy później angażowali się w polskie podziemie, w tym w działalność Armii Krajowej.
Historia wojny nie jest czarno-biała. Łatwo oceniać człowieka siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat później, siedząc bezpiecznie przed ekranem. Znacznie trudniej wyobrazić sobie jego sytuację, kiedy za drzwiami czekał okupant, a jedna decyzja mogła zdecydować o losie całej rodziny.
„Tobie, Polsko…”
Najmocniejszym argumentem przeciwko utożsamianiu Podhala z Goralenvolkiem pozostaje jednak opór, który narodził się właśnie na tym terenie.
W 1941 roku Augustyn Suski utworzył w Nowym Targu Konfederację Tatrzańską - organizację polskiego ruchu oporu, której działalność była wymierzona między innymi w niemiecką politykę narodowościową i Goralenvolk. W szczytowym okresie liczyła około 400 członków. Organizacja wydawała konspiracyjną gazetę „Na Placówce”, prowadziła działalność propagandową i akcje sabotażowe.
W końcu lata 1941 roku utworzono również jednostkę bojową nazwaną Dywizją Górską. Na jej czele stanął major Edward Gött-Getyński ps. „Sosnkowski”. W rzeczywistości była to niewielka grupa partyzancka działająca przede wszystkim w Gorcach, w rejonie Turbacza.
Konfederacja została szybko rozpracowana przez Gestapo. Na początku 1942 roku rozpoczęły się aresztowania. Augustyn Suski został zamordowany w Auschwitz-Birkenau 26 maja 1942 roku. Major Gött-Getyński został tam rozstrzelany 25 stycznia 1943 roku.
Aresztowanych przesłuchiwano i torturowano w zakopiańskim Hotelu Palace, który podczas okupacji stał się siedzibą Gestapo i symbolem terroru na Podhalu. W piwnicach urządzono więzienie, a na parterze sale przesłuchań. Miejsce to przeszło do historii jako „Katownia Podhala”.
Za współpracę z Konfederacją Tatrzańską okupant wielokrotnie pacyfikował Waksmund. Część ocalałych partyzantów kontynuowała działalność pod dowództwem Józefa Kurasia „Orła”, który po pacyfikacji Waksmundu przyjął pseudonim „Ogień”.
Konfederacja Tatrzańska miała m własną przysięgę. Jej słowa nie pozostawiają wiele miejsca na interpretację:
„Tobie Polsko, Ojczyzno moja (…) ślubuję służbę i wierność aż do ostatniej w sercu kropli krwi”.
To również jest Podhale. To również są górale.
Koniec Goralenvolku
Projekt Goralenvolku ostatecznie nie przyniósł Niemcom oczekiwanych rezultatów. Szczególnie kompromitująca dla jego przywódców okazała się dezercja ochotników z tak zwanego Legionu Góralskiego SS. Niemcy stopniowo tracili zainteresowanie budowaniem odrębności góralskiej, ponieważ projekt nie zdobył masowego poparcia.
Struktury Komitetu Góralskiego zaczęły zamierać. Wacław Krzeptowski, po próbie aresztowania przez Niemców, ukrywał się w górach. 20 stycznia 1945 roku został powieszony przez partyzantów Armii Krajowej, działających z rozkazu Polskiego Państwa Podziemnego.
22 listopada 1946 roku przed sądem w Zakopanem zapadły wyroki wobec pozostałych działaczy Goralisches Komitee. Otrzymali kary od 3 do 15 lat więzienia. Nie wszyscy jednak stanęli przed sądem. Henryk Szatkowski i Witalis Wieder uciekli wraz z wycofującymi się Niemcami.
Historia, która wciąż boli
Goralenvolk pozostaje jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów historii Podhala. Nie wolno go wybielać. Nie wolno też pomniejszać winy tych, którzy świadomie współpracowali z okupantem, czerpali z tego korzyści i uczestniczyli w niemieckiej propagandzie.
Ale równie niedopuszczalne jest przenoszenie odpowiedzialności na całą społeczność.
Nie można obciążać potomków winą ich przodków. Nie można także na podstawie jednej kategorii okupacyjnego dokumentu uznawać człowieka za zdrajcę. I przede wszystkim nie można utożsamiać Goralenvolku z góralszczyzną.
Górale zawsze czuli swoją odrębność kulturową - gwarę, muzykę, stroje, obrzędy, pasterstwo, architekturę i szczególną więź z krajobrazem. Ta odrębność nigdy nie oznaczała odrębności narodowej. Można być dumnym góralem i jednocześnie Polakiem. Historia Podhala pokazuje, że te dwie tożsamości przez pokolenia współistniały.
Dlatego Goralenvolk powinno być przede wszystkim lekcją historii - nie pałką służącą do wymierzania zbiorowej winy. Kilkudziesięciu ludzi, którzy wybrali współpracę z okupantem, nie może definiować całego regionu.
Największym zagrożeniem dla pamięci nie jest bowiem trudna prawda. Jest nim niewiedza.
Jeżeli chcemy uczciwie rozliczać przeszłość, musimy znać zarówno historię tych, którzy zdradzili, jak i tych, którzy pozostali wierni. Musimy mówić o Krzeptowskim, ale również o Suskim. O Goralenvolku, ale również o Konfederacji Tatrzańskiej. O strachu tych, którzy przyjmowali karty „G”, ale również o odwadze tych, którzy za odmowę współpracy zapłacili życiem.
Dopiero wtedy pamięć przestaje być narzędziem oskarżenia, a staje się tym, czym powinna być od początku - próbą zrozumienia człowieka postawionego wobec historii, której sam nie wybrał.
Marzena Wendzel - Łabęcka
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe