W karpackiej kulturze pasterskiej istniał szczególny rodzaj wtajemniczenia o którym mało się dziś mówi. Co ciekawe, o ile w wielu obszarach ludowej magii i lecznictwa ważną rolę przypisywano kobietom, o tyle wśród pasterzy strażnikami tajemnej wiedzy byli mężczyźni - bacowie. Jednym z najbardziej niezwykłych w Beskidzie Żywieckim był Jan Kalika z Koszarawy, znany jako „Ladzik”, a także „Dziad” lub „Madziarski”.
Urodził się w 1881 roku i zmarł w 1972. Pochodził z Koszarawy, z okolic Moczarek i Koszarawy-Bystrej. Przez większą część życia związany był z pasterstwem. W 1896 roku, mając zaledwie kilkanaście lat, rozpoczął pracę jako juhas na Hali Kamińskiego. Ponad dwie dekady później, w 1919 roku, został samodzielnym bacą.
Wędrował z owcami po halach polskich i słowackich Karpat. Bacował między innymi na Hali Lipnickiej i Kubulkowej na Jałowcu. Znał góry, zwierzęta, rośliny i ludzi. I być może właśnie ta wiedza sprawiła, że z czasem zaczęto przypisywać mu coś więcej niż tylko doświadczenie.
Bo „Ladzik” nie był w pamięci mieszkańców wyłącznie bacą.
Był czarownikiem.
Wiedza, której nie zapisywano
Mówiono, że niezwykłe umiejętności odziedziczył po ojcu, również Janie Kalice, który także miał być uznawany za człowieka posiadającego tajemną wiedzę. W świecie, w którym wiele informacji przekazywano ustnie, z pokolenia na pokolenie, taka wiedza mogła nabierać niemal magicznego charakteru.
Nie było podręczników, laboratoriów ani gabinetów weterynaryjnych. Był baca, jego doświadczenie i owce. Jeżeli wiedział, jak pomóc choremu zwierzęciu, a inni nie wiedzieli, skąd zna sposób - odpowiedź mogła być tylko jedna: „umie czarować”.
Wokół Kaliki narosło więc wiele opowieści. Jedne przedstawiały go jako człowieka niezwykle skutecznego i pomocnego, inne jako kogoś, kogo lepiej nie mieć przeciwko sobie.
Najbardziej niezwykłe historie dotyczyły leczenia owiec.
Na halach zdarzały się choroby określane przez górali mianem parchów - zmian i krost pojawiających się między innymi na pyskach czy wymionach zwierząt. Kiedy stado zaczynało chorować, łatwo było uwierzyć, że nie jest to zwykła choroba.
W ludowej wyobraźni przyczyną mógł być urok.
A jeśli urok można było rzucić, musiał istnieć ktoś, kto potrafił go odczynić.
Maść „Ladzika”
Według przekazów Kalika znał recepturę tajemniczej maści, którą miał stosować na choroby zwierząt. Wiedzę tę miał otrzymać od ojca.
W opowieściach składniki brzmią niemal jak elementy czarodziejskiego rytuału: stara, wysmażona słonina, sproszkowane fragmenty zwęglonej skóry kierpca oraz tłuszcz borsuka. Baca miał smarować nimi chore zwierzęta i wypowiadać odpowiednie zamówienie.
Najbardziej niezwykła część opowieści mówiła, że choroba nie tylko znikała, ale wracała do człowieka, który wcześniej miał rzucić urok.
Dziś trudno powiedzieć, ile w tej historii było rzeczywistej wiedzy zielarskiej i praktyki weterynaryjnej, ile zaś późniejszej legendy. Sama receptura mogła przecież opierać się na doświadczeniu dotyczącym właściwości substancji stosowanych tradycyjnie przy zwierzętach. Dla mieszkańców gór, którzy nie znali mechanizmów chorób, skuteczność leczenia mogła jednak wyglądać jak magia.
Baca, który potrafił „zepsuć lato”
Legenda przypisywała „Ladzikowi” również zdolność rzucania klątw.
Opowiadano, że potrafił zaszkodzić innemu bacy, jeśli ten wszedł mu w drogę albo nie okazał mu należytego szacunku. Jedna z historii mówi o pasterzu, który miał próbować podkupić Kalice halę wypasową.
„Ladzik” miał spojrzeć w stronę konkurencyjnego stada, splunąć przez lewe ramię i wypowiedzieć przekleństwo.
Potem miało wydarzyć się coś, co dla przestraszonego pasterza musiało wyglądać jak spełnienie najgorszego czaru: owce przestały dawać mleko, a w kotle zamiast żętycy i bundzu miała pojawić się czerwona woda.
Według opowieści klątwa została zdjęta dopiero wtedy, gdy niefortunny baca udał się do domu Kaliki na Moczarkach, przeprosił go i przyniósł podarek.
Czy wydarzenie rzeczywiście miało miejsce? Tego nie wiemy. Ale sama historia mówi wiele o pozycji, jaką „Ladzik” zajmował w lokalnej wyobraźni.
Nóż wbity w ziemię
W karpackiej demonologii pasterskiej szczególne miejsce zajmowały zamawiania chroniące stado przed wilkami. Najpotężniejszym bacom przypisywano możliwość „zamknięcia wilkowi pyska”.
Taką moc przypisywano również Kalice.
Według jednej z opowieści, gdy jego owce znajdowały się na halach otoczonych lasem, baca wbijał na skraju polany w ziemię specjalny, zaczarowany nóż. Dopóki tkwił on w ziemi, wilki nie miały prawa przekroczyć wyznaczonej w ten sposób granicy.
Drapieżniki miały krążyć wokół stada, ale pozostawać bezradne.
Dla współczesnego człowieka to oczywiście legenda. Dla dawnych pasterzy była jednak częścią systemu wyjaśniającego świat, w którym nocą za ogrodzeniem naprawdę mogło pojawić się stado wilków.
I właśnie dlatego opowieści o „Ladziku” są czymś więcej niż historiami o czarach.
Mówią o lęku.
Czarna księga i Diablak
Wierzono, że najbardziej wtajemniczeni bacowie nie zdobywali swojej wiedzy przypadkiem. Mieli posiadać tajemne księgi, zielniki i receptury przekazywane z pokolenia na pokolenie. W folklorze pojawia się motyw „czarnej księgi”, która miała zawierać wiedzę pozwalającą podporządkować sobie siły natury.
Z czasem do tych opowieści dołączył Diablak - szczyt Babiej Góry, który w ludowej wyobraźni od dawna otaczała szczególna aura. W opowieściach o czarownicach i niezwykłych praktykach stawał się miejscem granicznym - przestrzenią, w której świat ludzi miał stykać się ze światem nadprzyrodzonym.
Mówiono nawet, że człowiek chcący zdobyć prawdziwą magiczną moc musiał przejść odpowiednią inicjację albo zawrzeć pakt zapewniający mu ochronę stada.
Nie ma dowodów, że Jan Kalika rzeczywiście odprawiał takie rytuały.
Jest natomiast coś znacznie ciekawszego: wiadomo, że jego postać na tyle mocno zakorzeniła się w lokalnej pamięci, że zainteresowali się nią badacze.
Człowiek, który stał się legendą
W 1991 roku etnograf Jan Karol Setkowicz opublikował w „Karcie Groni” szczegółowe opracowanie zatytułowane „Ladzik z Koszarawy (baca-czarodziej)”. Sam fakt, że postać konkretnego pasterza doczekała się osobnego studium, pokazuje, jak wyjątkowe miejsce zajmował Kalika w kulturze Żywiecczyzny i sąsiednich regionów.
Dziś trudno oddzielić Jana Kalikę - doświadczonego bacę, znawcę zwierząt, roślin i gór - od „Ladzika”, bohatera opowieści o zaklęciach, klątwach i tajemnych recepturach.
Być może właśnie na tym polega fenomen tej postaci.
Nie trzeba wierzyć, że potrafił zaczarować wilka, sprowadzić nieszczęście na konkurencyjne stado czy odesłać chorobę do człowieka, który ją „rzucił”. Wystarczy zauważyć, że przez dziesięciolecia mieszkańcy gór byli przekonani, iż pewien baca wie o świecie więcej niż inni.
A w górach wiedza, której nie potrafiono wyjaśnić, bardzo łatwo stawała się magią.
Jan Kalika z Koszarawy pozostaje więc gdzieś pomiędzy historią a legendą. Był człowiekiem z krwi i kości, który przez lata prowadził stada po karpackich halach. Ale po jego śmierci pozostał również drugi „Ladzik” - ten z opowieści szeptanych przy ogniu, z nożem wbitym w ziemię, tajemniczą maścią i mocą, która miała chronić owce przed wszystkim, czego pasterz bał się najbardziej.
I być może właśnie dlatego, gdy dziś wspomina się jego nazwisko, trudno oprzeć się wrażeniu, że gdzieś pomiędzy koszarawskimi przysiółkami a odległymi halami Babiej Góry nadal pozostała część historii, której nigdy nie zapisano.
Marzena Wendzel - Łabęcka
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe