Chyba nie ma dziś osoby, która nie słyszałaby choć kilku historii o księdzu Janie Kaczkowskim. O księdzu z charakterystycznym poczuciem humoru, niezwykłą umiejętnością mówienia o rzeczach trudnych i talentem do trafiania w miejsca, których często sami w sobie nie chcemy odwiedzać. Powstał kolejny film opowiadający jego historię. Tym razem jednak nie jest to po prostu opowieść o kapłanie, bioetyku i twórcy puckiego hospicjum. „Dzień Dziecka księdza Jana Kaczkowskiego” jest przede wszystkim spotkaniem z człowiekiem. Z jego pamięcią, lękiem, samotnością, nadzieją i świadomością końca.
I właśnie dlatego obok tego filmu trudno przejść obojętnie.
Jan Kaczkowski urodził się 19 lipca 1977 roku w Gdyni. Został księdzem, bioetykiem, a przede wszystkim człowiekiem, który swoją kapłańską drogę związał z drugim człowiekiem - szczególnie tym chorym, cierpiącym i znajdującym się u kresu życia. Z jego inicjatywy powstało Hospicjum pw. św. Ojca Pio w Pucku. Jednak określenie „ksiądz” nie wyczerpuje historii Jana Kaczkowskiego. Był także filozofem życia, obserwatorem ludzkiej natury i kimś, kto potrafił o sprawach fundamentalnych mówić językiem zrozumiałym zarówno dla wierzących, jak i dla tych, którzy z Kościołem mieli niewiele wspólnego.
Jego kazania i wykłady przyciągały tłumy. Potrafił mówić o wierze bez uciekania od rzeczywistości, o śmierci bez patosu, o moralności bez taniego moralizowania. Był mocno zakorzeniony w swojej wierze i nauczaniu Kościoła, a jednocześnie doskonale rozumiał współczesnego człowieka. Szczególnie młodego, zagubionego, zbuntowanego, nieufnego wobec autorytetów.
Film prowadzi widza przez życie księdza Jana jego własnym głosem. Od pierwszych wspomnień z dzieciństwa, przez młodość, relacje rodzinne i decyzję o wstąpieniu do seminarium, aż po kapłaństwo i pracę z chorymi. To ważne, że opowieści nie snują za niego inni. Towarzyszymy Janowi Kaczkowskiemu, który sam wraca do własnej przeszłości i odsłania przed widzem kolejne warstwy swojego życia.
Szczególnie mocno wybrzmiewają wspomnienia o rodzinie - o ojcu, babci, o więziach, które ukształtowały człowieka mającego później pomagać innym. Kaczkowski nie buduje jednak pomnika samego siebie. Przeciwnie. Wpuszcza nas również w przestrzeń własnych słabości i emocji.
Jednym z przełomowych momentów jego historii pozostaje rozpoczęcie posługi w szpitalu. To właśnie wśród ludzi chorych, często stojących już na granicy życia i śmierci, dojrzewa jego późniejsza misja. Tam kapłaństwo przestaje być przede wszystkim kwestią słów. Staje się obecnością. Byciem obok człowieka wtedy, kiedy nie można już obiecać mu, że wszystko będzie dobrze.
Najbardziej przejmujące fragmenty filmu pojawiają się jednak wtedy, gdy poznajemy księdza Jana już jako człowieka chorego. To niezwykłe odwrócenie perspektywy. Człowiek, do którego przychodzili inni ze swoimi problemami, który miał dodawać otuchy i wskazywać drogę, sam zaczyna mierzyć się z własnym końcem.
Widzimy człowieka zmęczonego. Świadomego, że czasu zostało coraz mniej. Człowieka, który mimo choroby wciąż chce działać, rozmawiać, pomagać i wykorzystywać każdą chwilę. Ale widzimy również jego samotność.
Ksiądz Kaczkowski mówi o niej bez zasłony. O tym, że księdzu rzadko ktoś mówi, że go kocha. Że księdza rzadko kto przytula. W tych prostych słowach nagle pojawia się człowiek, a nie kapłan. Człowiek, który - mimo wybranej drogi – nie przestał mieć zwyczajnych, ludzkich potrzeb.
Jedną z nich było pragnienie ojcostwa. Ksiądz Jan przyznawał, że to pragnienie pozostawało w nim mimo wyboru drogi kapłaństwa. Być może właśnie ta część jego osobowości pozwalała mu tak łatwo odnajdywać wspólny język z młodzieżą, także z tą określaną jako „trudna”. Nie przemawiał do niej z wysokości ambony. Dostrzegał w nich nie problem do rozwiązania, ale osoby, które potrzebują uwagi, zaufania i obecności.
Film „Dzień Dziecka księdza Jana Kaczkowskiego” można więc potraktować jako współczesne „Ecce Homo” - oto człowiek.
Nie nieskazitelny bohater. Nie pomnik. Człowiek z krwi i kości, który czuje ból, strach i zmęczenie. Człowiek świadomy własnej śmiertelności, który mimo wszystko próbuje zrobić z pozostałego mu czasu coś dobrego.
I być może właśnie dlatego jego słowa wciąż brzmią tak mocno.
Ksiądz Kaczkowski mówił: „Katolik nie może być antysemitą ani «anty» nikim innym, ponieważ bycie w ten sposób nastawionym oznacza pogardę dla drugiego człowieka, co jest sprzeczne z chrześcijaństwem”.
To zdanie trudno zamknąć wyłącznie w granicach religijnej refleksji. Jest ono przede wszystkim pytaniem o granice człowieczeństwa. O to, czy można budować własną tożsamość na pogardzie wobec kogoś innego. Czy można mówić o wierze, jednocześnie odmawiając drugiemu człowiekowi godności.
Podobnie brzmi jego opowieść o gościnności: „Słowo GOŚCINNOŚĆ pochodzi od dwóch słów: GOŚĆ i INNOŚĆ (...) Jeśli nie zaczniemy być otwarci na innych, to możemy ten pusty talerz przygotowany na stół wigilijny wyrzucić przez okno”.
W czasach, w których coraz łatwiej przychodzi dzielić ludzi na „naszych” i „obcych”, te słowa brzmią wyjątkowo aktualnie. I nie trzeba być człowiekiem wierzącym, by zrozumieć ich sens.
Ksiądz Jan często przypominał także o sumieniu. O konieczności wsłuchiwania się w nie, nawet wtedy, gdy świat podpowiada coś zupełnie innego. To może być dziś jego najbardziej niewygodne dziedzictwo.
Bo czym właściwie jest sumienie w świecie, w którym polityczne emocje, media społecznościowe i nieustanna walka o uwagę coraz częściej próbują powiedzieć nam, kogo powinniśmy lubić, a kogo nienawidzić?
Czy potrafimy jeszcze zatrzymać się na chwilę i zapytać samych siebie, czy to, co robimy drugiemu człowiekowi, jest po prostu dobre?
Być może właśnie dlatego Jan Kaczkowski wciąż jest tak potrzebny. Nie dlatego, że dawał łatwe odpowiedzi. Przeciwnie - dlatego, że zmuszał do zadawania trudnych pytań i podejmowania bezkompromisowych odpowiedzi we własnym sumieniu.
O życie. O śmierć. O wiarę. O samotność. O odpowiedzialność. I wreszcie o nas samych.
O człowieczeństwo.
Marzena Wendzel - Łabęcka