Nasi seniorzy opowiadają o trudach i radościach - czyli o optymizmie poprzednich pokoleń.

Opublikowano w 12 września 2026 12:28

Czy można być szczęśliwym, mając niewiele? Współczesny świat zdaje się odpowiadać na to pytanie dość jednoznacznie: szczęście trzeba sobie kupić. Większy dom, lepszy samochód, egzotyczne wakacje, nowy telefon, kolejny awans. Tymczasem wystarczy porozmawiać z ludźmi, którzy pamiętają wieś sprzed kilkudziesięciu, a czasem nawet osiemdziesięciu lat, by usłyszeć zupełnie inną definicję szczęścia.

Dość często rozmawiam z osobami pamiętającymi pierwsze powojenne dekady, czasy ciężkiej pracy, skromnych gospodarstw i życia podporządkowanego rytmowi natury. W ich opowieściach uderza mnie coś, czego trudno dziś nie zauważyć - ogromna zdolność dostrzegania szczęścia i wdzięczności nawet tam, gdzie obiektywnie było go bardzo niewiele.

 

„Była raz taka ulewa i taki wiatr, jakby się wszystko wściekło dookoła. Nasza chałupa była jeszcze drewniana, licha, bo nowy dom dopiero budowaliśmy. Jak się zawalił dach w tym starym, to pół chałupy zostało bez dachu, wszystko zalane! I co my mieli robić? Szczęście, że wtedy byliśmy wszyscy u brata ojca, bo nikogo nie zabiło. A matka miała wtedy malutkie dziecko. Ten dach spadł na izbę - jakby tam byli, to by ich zabiło” - wspomina mieszkaniec Juszczyny.

A chwilę później dodaje: „Myśmy razem z ojcem trochę mieszkali potem u jego brata, a matka z małym poszła do swojej matki. No to chwalić Boga, mieliśmy gdzie kąt znaleźć”.

 

Dziś powiedzielibyśmy: stracili dach nad głową. Wtedy najważniejsze było to, że wszyscy przeżyli i znalazło się miejsce, w którym można było przeczekać trudny czas. Zniszczony dach był tragedią, ale nie tragedią największą. Największym szczęściem pozostawało życie.

Czy współczesny człowiek potrafiłby spojrzeć na podobne wydarzenie w ten sposób?

 

 

Inna opowieść dotyczy śmierci męża. Kobieta została sama z dwójką dzieci. Gospodarstwo trzeba było prowadzić, pole uprawiać, a w domu była jeszcze schorowana matka.

„Ojciec umarł, jak byłam mała. Wiem tylko, że miał zapalenie płuc. Matka została sama z dwójką dzieci, babka była już schorowana. I co było robić? Pola było do obrobienia, myśmy tam pomagali, co było dla nas do roboty, ale matka nie mogła wszystkiego sama. Szczęście, że miała dwóch starszych braci, a oni mieli już takich większych synów to była pomoc."

Rok później rodzina namawiała wdowę, by ponownie wyszła za mąż. „Trzeba się wydać za kogoś, bo musi być chłop w domu” - miała mówić jej matka.

Udało się. Wdowa poślubiła mężczyznę, który był dla niej dobry, a także zaakceptował jej dzieci. Później urodziła jeszcze troje. „Mieliśmy wyjątkowe szczęście” - mówi moja rozmówczyni z Radziechów.

Szczęście. Słowo pozornie banalne, a jednak w dawnym świecie oznaczające coś zupełnie innego niż dziś. Szczęściem było to, że brat przyszedł pomóc przy żniwach. Że sąsiad pożyczył konia. Że po burzy nikt nie zginął. Że wdowa znalazła dobrego człowieka. Że było gdzie przenocować.

A przede wszystkim - że byli obok siebie ludzie.

Bo radość również miała dawniej zupełnie inną skalę.

 

„Radości? Pewnie, że mieliśmy. Tylko inaczej niż teraz. Teraz ludzie szukają Bóg wie czego, żeby się cieszyć, a nam, jak byliśmy dziećmi, byle co sprawiało radość” & wspomina mieszkanka Żywiecczyzny.

Najbardziej pamięta nie zabawki ani prezenty. Pamięta matkę.

„Największa radość była, jak mama miała już trochę czasu po robocie i można było tak posiedzieć z nią, przytulić się trochę. No i jak śpiewała. Miałam jeszcze dwoje młodszego rodzeństwa, więc mama śpiewała im do spania. Ja byłam już większa, ale strasznie to lubiłam”.

Dzieci nie potrzebowały animatorów, elektronicznych gadżetów ani gotowych scenariuszy zabawy. Wymyślały świat same. Lalki powstawały ze szmatek, zabawki ze słomy i drewna. A kiedy nadchodziła jesień i zima, natura zwalniała, więc po okresie najcięższych prac pojawiała się przestrzeń na spotkania.

„Jak przychodziła jesień, to nie raz schodzili się sąsiedzi i zabierali swoje dzieci. Mogliśmy tak po dziecięcemu coś robić razem. O, to była wielka radość!”.

Dla młodych szczególnym wydarzeniem była „muzyka”. Nie oznaczała koncertu ani wizyty w lokalu. Ktoś miał instrumenty, ktoś inny znał kilka melodii, spotykano się w domu któregoś z sąsiadów. Tańczono, rozmawiano, poznawano się.

„Nigdy nie było tak, żeby młodzi byli sami. Starsi też byli, pilnowali, ale sami przy okazji mieli trochę rozrywki. Nie chodziło się wtedy na randki. Pierwsze sympatie rodziły się właśnie na muzyce”.

A kiedy było już wiadomo, że chłopak i dziewczyna mają się ku sobie a rodziny były zgodne, radość stawała się udziałem całej społeczności. „Nie dość, że młodzi się cieszyli, to cieszyli się wszyscy, bo wiadomo było, że będzie wesele. Będzie można się spotkać, radować i trochę pobawić”.

Jedna z mieszkanek wspomina muzykę szczególnie ciepło: „My młode dziewczyny nieraz wstydziłyśmy się tańczyć z chłopcami, więc tańczyłyśmy razem ze sobą i też było bardzo wesoło”.

Były również małe kobiece przyjemności. Ładna wstążka do włosów, nowa chusta, a już nowa spódnica - to było wydarzenie. „Każda dziewczyna, nieważne czy sześćdziesiąt, sto lat temu czy teraz, lubi ładnie wyglądać. Tylko wtedy było inaczej. Nie miałyśmy kosmetyków, więc przyglądałyśmy się sobie, która ma ładniejszy warkocz, jak można włosy zapleść”.

 

I być może właśnie tutaj kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego dawni mieszkańcy wsi wydają się dziś tak niezwykle pogodni.

Nie dlatego, że ich życie było łatwiejsze. Przeciwnie. Było cięższe, bardziej niepewne i znacznie bardziej uzależnione od pogody, zdrowia, urodzaju czy dobrej woli innych ludzi.

Ale ich szczęście nie wymagało nieustannego podnoszenia poprzeczki.

 

Współczesny człowiek ma niemal nieograniczony dostęp do rozrywki, informacji i dóbr, a jednocześnie coraz częściej mówi o samotności, zmęczeniu i braku czasu. Na koncertach patrzymy na artystów przez ekrany telefonów, zamiast po prostu patrzeć. Spotykamy się, ale często każdy pozostaje zamknięty w swoim cyfrowym świecie.

Nasi przodkowie także ciężko pracowali. Latem od świtu do zmierzchu. Różnica polegała jednak na tym, że bardzo często pracowali razem - rodzina z rodziną, sąsiad z sąsiadem. Wspólnota była nie luksusem, lecz warunkiem przetrwania.

Może więc nie chodzi o to, że dawniej ludzie byli szczęśliwsi. Może po prostu łatwiej było im zauważyć szczęście.

Wystarczył dach, który tym razem nikogo nie zabił. Sąsiad, który przyszedł pomóc. Matka, która znalazła chwilę na przytulenie. Wstążka we włosach. Muzyka w izbie. Wesele, na które czekała cała wieś.

Niewiele.

A jednak wystarczająco dużo, by przez chwilę pomyśleć: dobrze, że jesteśmy razem. Dobrze, że żyjemy.

I może właśnie tej umiejętności - cieszenia się tym, co jest, zamiast nieustannego wypatrywania tego, czego jeszcze nie mamy – współczesnemu człowiekowi najbardziej brakuje.

 

Marzena Wendzel - Łabęcka