Nie takie straszne Halloween

Opublikowano w 5 października 2026 22:13

Jest coś osobliwego w kalendarzu współczesnego handlu. Zanim zdążymy dobrze pożegnać lato, zanim ostatnie truskawki znikną ze straganów sklepy zaczynają straszyć. Nie człowiekiem z rachunkiem za prąd, lecz dynią. Pomarańczową, plastikową, świecącą od środka. Obok niej pojawiają się pajęczyny, sztuczne czaszki, czarne koty, peleryny, maski, kubki, talerzyki, serwetki, cukierki i T-shirty z duchami. Halloween zaczyna się w Polsce na długo przed październikiem. 

Można się na to oburzać. Można wzdychać, że oto kolejna amerykańska moda próbuje wedrzeć się do polskiego domu. Można też po prostu przyjąć do wiadomości, że Halloween stało się jednym z tych zwyczajów, które Polska najpierw obserwowała z dystansu, potem wyśmiewała, a w końcu zaczęła po swojemu konsumować.

I właśnie to „po swojemu” jest tutaj najciekawsze.

 

Bo współczesne Halloween ma niewiele wspólnego z ponurym wyobrażeniem, które czasem przedstawiają jego przeciwnicy. Dla dzieci nie jest żadnym rytuałem religijnym. Jest okazją, żeby założyć kostium, pomalować twarz, zawiesić na drzwiach papierowego nietoperza i zapukać do sąsiada z pytaniem o cukierki. Dla nastolatków jest pretekstem do imprezy. Dla dorosłych - coraz częściej również. Pub, klub czy dyskoteka organizujące halloweenowy wieczór nie są przecież świątyniami jakiegoś nowego kultu. To po prostu kolejna okazja do zabawy.

 

Zanim pojawiła się dynia

 

A jednak Halloween ma historię znacznie starszą i ciekawszą niż plastikowe gadżety na sklepowej półce.

Jego najczęściej wskazywanym źródłem jest celtyckie Samhain, obchodzone na terenach dzisiejszej Irlandii i Szkocji ponad dwa tysiące lat temu. Było to święto przełomu: końca lata, zakończenia zbiorów i początku ciemniejszej części roku. W świecie, w którym rytm życia wyznaczały pory roku, ogień, zbiory i zwierzęta, nadejście zimy nie było dekoracją w kalendarzu, lecz sprawą życia i śmierci. 

 

Wierzono również, że w tym szczególnym czasie granica pomiędzy światem żywych i umarłych staje się cieńsza. Zmarli oraz istoty nadprzyrodzone mogły pojawić się w świecie ludzi. Rozpalano więc ogniska, składano ofiary z jedzenia, a ludzie przebierali się i zakładali maski. Miało to znaczenie ochronne: przebrany człowiek mógł upodobnić się do istot z innego świata i uniknąć ich gniewu. 

 

Trudno nie zauważyć, że właśnie tutaj zaczyna się historia dzisiejszych duchów, potworów, masek i przebieranek.

Później przyszło chrześcijaństwo. W VIII wieku 1 listopada został ustanowiony dniem Wszystkich Świętych. Wieczór poprzedzający tę uroczystość nazwano All Hallows' Eve, czyli wigilią Wszystkich Świętych. Z czasem nazwa skróciła się do Halloween. Dawne zwyczaje nie zniknęły jednak całkowicie. Wchłonęły je nowe obrzędy, a później przez stulecia przekształcały się w tradycje znane dziś. 

 

To ważne rozróżnienie. Halloween nie jest polskim Świętem i nie należy mieszać tych dwóch rzeczy. Wszystkich Świętych obchodzimy 1 listopada, Halloween 31 października. Mają inną współczesną formę, inną funkcję i zupełnie inny charakter. Historycznie jednak nazwa Halloween jest związana z wigilią Wszystkich Świętych. Twierdzenie, że oba zwyczaje nie mają absolutnie żadnego związku historycznego, byłoby zbyt dużym uproszczeniem.

 

Amerykański produkt z irlandzkim paszportem

 

Największą metamorfozę Halloween przeszło jednak dopiero po przepłynięciu Atlantyku. Do Stanów Zjednoczonych przywieźli je między innymi irlandzcy emigranci w XIX wieku. Tam zwyczaj zaczął się zmieniać. Z dawnych obrzędów pozostały kostiumy, opowieści o duchach i zabawa, a coraz większe znaczenie zyskały dzieci, słodycze i dekoracje. W XX wieku Halloween stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów amerykańskiej kultury popularnej. 

 

I dopiero tę, już mocno skomercjalizowaną wersję, świat zaczął eksportować dalej.

Do Polski przyjechała więc nie celtycka noc sprzed dwóch tysięcy lat, lecz jej współczesny, popkulturowy potomek. Z Hollywood, seriali, reklam, internetu i mediów społecznościowych. A skoro przyjechała, polski handel zrobił to, co handel robi najlepiej: zaczął ją pakować w plastik.

Najpierw były dynie i cukierki. Potem kostiumy. Teraz mamy już niemal cały halloweenowy przemysł: zastawę stołową, kubki, świece, dekoracje, odzież, zabawki, makijaże, lampki, torby na słodycze i niezliczoną liczbę przedmiotów, których człowiek jeszcze kilka lat temu nie wiedział, że potrzebuje. Polskie media odnotowują, że Halloween zadomowiło się szczególnie wśród młodszych pokoleń, a tematyczne stroje, słodycze i dekoracje stały się częścią oferty sklepów. 

 

Można powiedzieć: komercjalizacja. I będzie to prawda. Ale czy naprawdę tylko o nią chodzi?

 

Polacy odkryli, że można się powygłupiać

 

Być może największą siłą Halloween w Polsce nie jest wcale jego „amerykańskość”, lecz banalna ludzka potrzeba zabawy.

Przebieranie się jest przecież znacznie starsze niż Halloween. Karnawał, bale maskowe, pochody - niemal każda kultura zna moment, kiedy można na chwilę przestać być sobą. Halloween daje podobną możliwość, tylko w bardziej współczesnym opakowaniu.

 

Dziecko może zostać wampirem. Nastolatek może przebrać się za coś absurdalnego. Dorosły, który przez pozostałe 364 dni roku chodzi w marynarce albo siedzi przed komputerem, może przez jeden wieczór założyć maskę, makijaż i kostium. I nikt nie musi udawać, że jest to wydarzenie o szczególnym znaczeniu duchowym.

 

Właśnie dlatego Halloween coraz częściej jest okazją dla dzieci, żeby się świetnie bawić, i nie tylko dla dzieci. Organizują je restauracje, puby i kluby. Są imprezy tematyczne, konkursy kostiumowe, wieczory taneczne. Dorośli również chętnie korzystają z pretekstu, by się przebrać i trochę powygłupiać.

I może nie ma w tym nic szczególnie złego.

 

Wokół Halloween narosło w Polsce sporo nieporozumień. Jedno z nich sprowadza się do utożsamiania tego zwyczaju z satanizmem. To zwyczajnie nie opisuje tego, czym Halloween jest dla zdecydowanej większości jego współczesnych uczestników.

Można oczywiście znaleźć osoby czy środowiska, które wykorzystują symbolikę Halloween w kontekstach okultystycznych. Tak samo można znaleźć osoby, które wykorzystują niemal dowolny symbol kultury popularnej do własnych celów. Nie oznacza to jednak, że przebieranie dziecka za czarownicę czy kupienie dyniowej dekoracji jest praktyką satanistyczną.

 

Współczesne Halloween to przede wszystkim świecka, popkulturowa zabawa. Nawet w Polsce, gdzie 1 listopada ma ogromne znaczenie religijne i rodzinne, dla większości uczestników halloweenowej imprezy nie jest to konkurencyjny obrzęd religijny. To po prostu wieczór wcześniej.

I być może właśnie tak należy na niego patrzeć. 1 listopada możemy iść na cmentarz, zapalić znicz, odwiedzić groby bliskich i wspominać tych, których już z nami nie ma. 31 października możemy założyć maskę, zjeść kilka cukierków i zatańczyć w przebraniu.

Jedno nie musi unieważniać drugiego.

 

Polska nie musi przecież wybierać między zniczem a dynią. Możemy zachować powagę Wszystkich Świętych, nie traktując jednocześnie Halloween jak zagrożenia cywilizacyjnego. A jeśli sklepy chcą sprzedawać nam plastikowe czaszki już w sierpniu - cóż, to akurat nie jest problem religijny, tylko handlowy.

Najbardziej interesujące jest zresztą to, co z Halloween zrobią sami Polacy. Bo kiedy obcy zwyczaj trafia do nowego kraju, przestaje być całkiem obcy. Zaczyna nabierać lokalnego znaczenia.

I być może za kilka dekad nikt już nie będzie pytał, czy Halloween „pasuje” do Polski. Tak jak dziś nikt szczególnie nie zastanawia się, skąd dokładnie przyjechały walentynki. Zostanie dynia, kostium, kilka cukierków, impreza w pubie i dzieci biegające od drzwi do drzwi.

A następnego ranka przyjdzie 1 listopada.

I wtedy Polacy znów zrobią to, co robią od pokoleń: pójdą na cmentarze.